|
Turks & Caicos (Listopad 25 – Grudzień 2, 2002)
NURKOWANIE TAK, ALE……
Wiele marzeń, zamierzeń, planów w moim życiu czeka nieraz długo, długo na ich realizację. Czasami nie zależy to ode mnie, ale bardzo czesto odkładam „TO” na potem. I tak mija rok za rokiem i trudno sie do pewnych zamierzeń zmobilizowac.Do dziś nie zrealizowałem jeszcze wiele moich młodzieńczych planów ale niektóre udało sie wreszcie przekształcić w rzeczywistość. Nie inaczej było z nurkowaniem. Po raz kolejny w życiu los podarował mi wspaniały prezent w postaci wspólnego kontraktu z moją żoną Ewą, w Libii, w latach 1975-1980. W każdy piątek (dzień wolny od pracy w krajach muzułmańskich) wyruszaliśmy z przyjąciółmi na nieprzyzwoicie przepiękne, w większości dzikie plaże morza Sródziemnego. Wtedy to, polując na .....ryby oczywiście (opiszę to w osobnym artykule), pod wodą, z kuszy, bez butli, obiecałem sobie jak najszybciej ukończyć kurs płetwonurków. Bardzo spodobało mi się oglądanie życia podwodnego, i wszelkich stworzeń pływających w ich naturalnym środowisku. Tak więc, polowanie na rybki z kuszy, pochłonęło mnie na całe 5 wspamiałych, niepowatarzalnych lat, tymbardziej że wypływaliśmy na nie w okolice Tripoli, cały rok. Tylko niestety, musiałem nurkować jak przysłowiowa kaczka aby co chwilę zaczerpnąć tlenu przed kolejnym zanurzeniem. No cóż, marzenia marzeniami a życie zrywa kartki z kalendarza czasami szybciej, aniżelibyśmy tego chcieli. Po powrocie z kontraktu do Polski w 1980 roku, nowe dopasowywanie się do aktualnej rzeczywistości, odsunęło sprawę kursu dla płetwonurków na dalszy plan. Jeszcze tylko w Bułgari, w 1983 roku udało mi się trochę z synem Konradem, ponurkować w Morzu Czarnym, ale bez większych zresztą sukcesów w ustrzelonych rybach. Natomiast wiele problemów i tłumaczeń było na każdej „bratniej” granicy,z fakty przewożenia kusz, które czujne „organy” traktowały jako ...broń na obalenie legalnych władz. Dla czytelników nie pamietających tamtych lat, pragnę nadmienić że były to tak zwane lata „stanu wojennego” i wszystko mogło być podejrzane. Wydawało mi się, że bardzo jestem blisko zrealizowania mojego marzenia, po przyjeżdzie do Stanów Zjednoczonych, w 1984 roku. Dowiadywałem się nawet w YMCA odnośnie warunków ukończenia kursu dla płetwonórków, ale... no właśnie to ale. Mój angielski dopiero „raczkował” a ponadto nie potrafiłem znależć drugiego (jesteśmy „gatunkiem żyjącym w stadzie”) marzyciela podwodnej przygody z którym moglibyśmy stworzyć parę płetwonurków mających wzajemne bezgraniczne do siebie zaufanie i gwarancję na pomoc „pod wodą”, w przypadku jakiegokolwiek zagrożenia. Bo nurkowanie to jedna z najwspanialszych przygód człowieka z naturą, ale o życiu, tam w głebi, decydują nieraz sekundy , lub jeszcze mniej. I w ciągu tej sekundy musimy podjąć decyzję która decyduje, (parafrazując Shakespeare) o tym czy „żyć albo nie żyć”. A błędów, w wielu przypadkach mie ma już kto naprawić. Więc kolejny raz odsuwam sprawę „kursu” na potem. I znów kolejny skok w czasie. Jest już rok 1996, kiedy to z grupą przyjaciół wyjeżdżamy na urlop na zachodnie wybrzeże Meksyku, do Puerto Wallarta, do malowniczo położonego na wzgórzach, nad zatoką miasta, z domami często przylepionymi do wzgórz, niczym jaskółcze gniazda. I to wszystko utopione w tropikalnym buszu. O nurkowaniu nawet nie pomyślałem, aż do momentu gdy na hotelowej tablicy informacyjnej wyczytałem, że można sie zapisać na jednorazowe nurkowanie w zatoce. Ja i Irek Langiewicz ze swoją żoną Gabrysią, decydujemy się natychmiast, tym bardziej że w cenę nurkowania wliczony jest także „snorking”. Oczywiście, nikt wówczas nie zapytał się nas o licencję płetwonórków. Jest to zresztą praktykowane też i w innych resortach, pod warunkiem zaliczenia 1-2 godzinnego szkolenia i nurkowania z instruktorem, blisko brzegu i na głębokości 20-30 stóp. Tak więc, półgodzinny trenig w basenie, organizatorzy „uznali” za wystarczający. My natomiast nie zdawaliśmy sobie całkiem sprawy z niebezpieczeństwa nurkowania po tak „intensywnym” kursie. W następnym dniu, po zaliczeniu snorkowania, przygotowujemy się do nurkowania. Na dno mamy sie zanurzać wzdłuż liny rozciągającej się od łodzi do dna na głębokość około 25-30 stóp (8-10 metrów). Po Irku, Gabrysi i jeszcze 4 pozostałych chętnych, do wody skoczyłem ja. Niestety kręcę się po powierzchni wody jak bąk, nie mogę się zanurzyć. Dopływam do burty lodzi gdzie obsługa „pakuje” mi do kamizelki dodatkowe ciężarki, co skutecznie powoduję że wylądowałem na dnie. Półgodzinne nurkowanie przebiega spokojnie, podczas którego udaje mi się zobaczyć parę ładnych ryb, niezbyt dużych i murenę do której czując należyty respekt, nie zbliżam sie za blisko. Widocz ność niezbyt dobra i zastanawiał mnie wtedy zanik kolorów na tej głębokości. Wtedy nie wiedziałem, że wraz z głebokością, kolejne pasma (kolory) światła są pochłaniane i rozpraszane a powyżej 60 stoop nie ma już takich kolorów jak czerwony, pomarańczowy i żółty. A przecież to głównie one tworzą ten podwodny świat flory i fauny tak bajecznie kolorowy. Ale żeby to widzieć tak jak sworzył to najdoskonalszy malarz, czyli natura, trzeba nurkować z latarką. Kończący sie tlen w butli zmusza mnie niestety do wynurzenia, ale pozostaje wrażenie i nieodparta chęć ukończenia kursu dla płetwonórków. No, ale wracam do owego pamiętnego roku 2001, kiedy to moje marzenia, o kursie dla płetwonurków, nabrały wyrażnego przyspieszenia. Zimą tego roku, przed planowanym wyjazdem na Turks and Caico, postanowiłem wreszcie zrealizować jedno z moich życiowych marzeń, czyli skończyć podstawowy kurs dla płetwonurków. Razem ze mną zapisał się na kurs „Kapitan” (Andrzej Czapliński, opłynął parę razy Mazury wzdłuż i w poprzek i dlatego został „Kapitanem”), wraz z żoną Bożeną i ich synem Łukaszem. Mieliśmy zarezerwowane miejsca w „Sandals Turks & Caico Resort and Spa”., który oferował w „all inclusive package”, bezpłatne nurkowanie i cały ekwipunek nizbędny do niego, co było dla nas dodatkowym bodżcem. A nurkowanie wcale nie jest tanim sportem, niestety.Tak więc na początku maja, po kilkakrotnym przekładaniu przez organizatora terminu, wreszcie zaczeliśmy wchłaniać wiedzę którą nam „wkładano” do naszych głów. Wykłady odbywały sie na świeżym powietrzu, co nie mobilizowało nas do „przyjmowania” informacji zbyt uważnie. Dlatego musieliśmy niestety powtarzać z „Kapitanem” pisemny egzamin, co było warunkiem przystąpienia do egzaminu praktycznego. Zajęcia praktyczne odbywały się na basenie, i z tym nie mieliśmy problemu za wyjątkiem Bożenki. Byłem pełen podziwu dla niej, która na początku miała trochę kłopotów z zanurzaniem się i koorynacją oddychania, ale bardzo szybko sie z tym uporała. Dwudniowy egzamin praktyczny, odbywa się na Dutch Spring w stanie Pensyl wania. W pierwszym dniu, zanurzanie sie do platformy, i pływanie nad dnem na głębokości około 20 stóp (7 metrów), zaliczamy bez problemu, choć zdejmowanie na platformie pasa z ciężarkami oraz powtórne zakładanie nie należy do zbyt łatwych. W drugim dniu zanurzamy sie nieco głebiej i w innnej stronie jeziora. Woda na tej głebokości bardzo zimna i mimo 5mm „pianki”, wyrażnie jest wyczuwalna granica gwałtownej zmiany temperatury wody, (tzw. „thermoclines”), która zależy od pory roku oraz ilości energii promieniowania słonecznego, pochłanianego przez wodę. Warunki widoczności po paru minutach pogorszyły sie drastycznie do około 2-3 stóp, gdyż pływamy wraz z innymi uczestnikami z pozostałych grup, koło prawie pionowej, mulistej ściany jeziora, i każde poruszanie płetwami powoduje dalsze pogarszanie widoczności. W pewnym momencie, gubimy z Łukaszem naszą grupę i instruktora. Czuje lekki niepokój ale nie wynurzam się w obawie niezaliczenia egzaminu. Za chwilę ktoś nierozpoznawalny w mętnej wodzie, daje nam znak w którym kierunku mamy płynąć. Płyniemy za nim, ale za momemnt, zostajemy odnalezieni przez naszego instruktora, który już do końca nie spuszcza nas z oka. Wkrótce potem kończymy nurkowanie i dwudniowy egzamin kończy się sukcesem całej naszej czwórki. Kilka tygodni póżniej dostajemy licencję „Open water diver”. (taką licencje można też otrzymać, po zdaniu egzaminu oczywiście, także w innych agencjach takich jak: NAUI, PADI, PDIC czy też ANDI) Szczęścia nigdy nie jest za wiele bo moje nazwisko i „Kapitana” jest na licencji napisane niepoprawnie, więc musi być wypisane jeszcze raz. Nowe, już bez błędów , otrzymaliśmy parę dni przed wyjazdem na „Turks and Caico”, więc cieszymy się ogromnie że będziemy mogli ponurkować w morzu Karaibskim. I wreszcie 25-go listopada, z przesiadką w San Juan (Portoryko), lądujemy na Turks and Caico, wysepce nieciekawej, płaskiej, z ubogą szatą roślinną ale z niewyobrażalnie szmaragdowym Morzem Karaibskim, muskającym leniwie brzegi tej wyspy. Kapitan z żoną zapisują sie na najbliższe nurkowanie. Ja natomiast na prośbę mojej córki, Aleksandry, decyduję się ponurkować z nią pierwszy raz, po ukończeniu przez nią, 2-godzinnego kursu nurkowania dla początkujących. (bez prawa otrzymania licencji). Po tym szkoleniu, wraz z instruktorem można było nurkować przy rafie koralowej ( w odległości około ˝ mili od brzegu) na głębokości około 20-30 stóp. Niestety woda przy rafie była troche zburzona więc ze względu na bezpieczeństwo, po treningu w basenie, córka nie miała okazji ponurkować. Decyduję sie więc popłynąć na następne nurkowanie z „Kapitanem” i Bożeną na otwarty Ocean Atlantycki . Ranki em przetransportowano nas minibusem na drugą strone wyspy. Z naszymi torbami (płetwy, maski, „pianki”, kamery) przewożono także sprzęt do nurkowania (kamizelki, reduktory) zciśnięty i przygnieciony bagażami co całkowicie kolidowało z tym czego uczono nas na kursie. I już na pokładzie, przez Chalk Sound, wypływamy na na Ocean Atantycki. Po krótkim instruktarzu udzielonym nam przez kapitana statku (tego prawdziwego), sprawdzamy swój sprzęt i dwie przydziałowe butle. Każda na półgodzinne nurkowanie. „Kapitan”, sprawdzając kamizelkę, naciska krótko na zawór przez który przepływa powietrza z butli do niej, co pozwala płetwonurkom na zanurzanie i wynurzanie się. Po zwolnieniu nacisku na zawór, nie zamknął się on automatycznie, więc powietrze napełnia cały czas kamizelkę. Dopiero zakręcenie zaworu na butli wstrzymuje dalsze pompowanie kamizelki. „Kapitan” miał ogromne szczęście że sprawdził sprzęt na pokładzie, przed nurkowaniem. Gdyby się to zdażyło pod wodą, przy rozpoczęciu wynurzania, po nurkowaniu na głębokości większej jak 40 stóp, to wylądowałby niechybnie w komorze dekompresyjnej. Kamizelka zostaje wymieniniona i mamy nadzieję, że już nic niespodziewanego nas nie spotka. Jak się póżniej okazało, były to tylko nadzieje. Po godzinie, docieramy do miejsca na oceanie zwanego „French Wall” i przygotowuję się do pierwszego nurkowania.Skaczemy kolejno do wody grupując sie wokół swojego przewodnika. Nic nie jest w stanie wymazać z mojej pamięci tego niesamowitego wrażenia przekraczania dwóch światów: powietrza i wody. Ten pierwszy dobrze znany, życiodajny, słoneczny i przyjemny. Ten drugi, tajemniczy, pełen niebezpieczeństw i niespodzianek, broniący dostępu do swych tajemnic, przed intruzami z innego świata..Ostatnie sekundy, ostanie spojrzenie na lekko wzburzoną powierzchnię oceanu, kiedy maskę dzieli tylko kilka cali od powierzchni wody jest diametralnie różne od powierzchni oceanu oglądanego z pokładu. I już „podłączam” się do butli, wypuszczam resztę powietrza z kamizelki i za parę sekund jestem pod powierzchnią wody, powoli oddalając się od „starego” świata.. Natychmiast rejestruję wrażenie całkowitej ciszy, zmiany kolorów, i oświetlenia. Wokół mnie dominuje kolor niebieski zmieniający swe odcienie w zależności od głebokości i kierunku patrzenia. Czuję jak powoli „zsuwam” się w kierunku dna niczym na niewidzialnej linie. I wtedy chyba popełniłem jakiś błąd, bo zaczyna mnie obracać wokół poziomej osi. Usiłuję zachować pozycję pionową, machając płetwami i rękami. Gwałtowne ruchy wymuszają na mnie szybsze oddychanie. W pewnym momencie czuję, że za mało powietrza dopływa do moich płuc, które mam wrażenie, że są czymś zciśnięte. Oddycham coraz gwałtowniej i częściej co powoduj e że zaczynam zasysać do ustnika wodę. Mózg mój pracuje teraz na maksymalnych „obrotach”, niczym najdoskonalszy komputer. Myśli i decyzje zmieniają sie w ułamkach sekundy. Wynurzyć się czy nie? Jeżeli tego nie zrobię to pewnie nie uda mi się uregulować właściwego rytmu oddychania i w dalszym ciągu będę oddychał „mieszanką” powietrzną-wodną. I co dalej? Nie chciałem nawet o tym myśleć. Głebokość około 50 stóp. Czy nie grozi mi dekompresja jeżeli się wynurzę natychmiast ?. Myślę że nie, bo za krótko byłem na tej głębokości Decyduję się więc na natychmiastowe wynurzenie, naciskając na zawór uwalniający przepływ powietrza z butli do kamizelki i machając jednocześnie płetwami. Spoglądam do góry i widzę hen wysoko, powierzchnię wody z błyskającym na nim promieniami słońca. Sekundy wloką sie niemiłosiernie. I wreszcie przecinam tą zbawienną granicę dwóch światów, wypluwam ustnik i ......w dalszym ciągu oddycham bardzo gwałtownie. Do zakotwiczonego statku jest około 300 stóp ale z całym ekwipunkiem, zbliżam się do niego żółwim tempem. Gdy już jestem blisko, kapitan rzuca linę podcholowując mnie szybciej do burty. Czekając na pokładzie na zakończenie tej serii nurkowania myślami wracałem do tego co mi się wydarzyło pod wodą, starając się znależć przyczynę. I wydaje mi się że popełniłem kardynalny błąd który mógł spowodować katastrofalne nastepstwa. Otóż ubrałem sie w „piankę”, którą używałem jeszcze z okresu kiedy pływałem w Libii. A były to lata 1976-1980. Wydawało mi sie że będzie dobra, ale zapomniałem o tym, że jednak od tamtej pory „troszeczkę” przybrałem na wadze. Dlatego przed nurkowaniem musiałem się nieco „wciskać” w nią, ale to spowodowało że pod wodą, w tamtym krytycznym momencie nie mogłem nabierać do płuc dostatecznej ilości powietrza, gdyż były one mocno ściśnięte przez ciasną „.piankę”. Po paru godzinach powtórnie jesteśmy za burtą gotowi do drugiego w tym dniu nurkowania. Ja tym razem zamiast „pianki”, wkładam tylko t-shirt. I już zanużam się powtórnie w ten jakże inny, nienaturalnie swobodny podwodny świat. Spoglądam na oddalone jeszcze dno oceanu i wydaje mi sie że jestem niczym ptak, zawieszony w powietrzu fruwający hen wysoko nad przepaścią. Cudowne wrażenie nieważkości, nieporównywalne do niczego innego,towarzyszyć mi będzie przez cały czas tej podwodnej, niezmiernie ekscytującej podróży. I już jesteśmy nad dnem, starając się nie dotykać korali które mogą łatwo być zniszczone, bezpowrotnie. Podążamy za przewodnikiem który kieruje nas w kierunku podwodnej, prawie pionowej ściany, ginącej po nami w przepastnej głebinie. Ściana robi na mnie kolosalne wrażenie. Oto jak ptak płynę wzdłuż niej podziwiając przeróżne gatunki ryb baraszkujące w szczelinach i małych grotach, lub ocierających się o dziwacznie powyginane koralowce, nie oddające swych pieknych barw na skutek pochłanianych barw światła na tej głebokości. Spogładam w dół i......dopiero teraz dociera do mnie, że pod sobą mam około 3000 stóp otchłani. Lekko wystraszony spoglądam w górę i widzę parenaście stóp powyżej, krawędż ściany. A jeszcze dużo, dużo wyżej, załamujące się światło na powierzchni oceanu. Jesteśmy na głebokości około 95 stóp(„Kapitan” zarejestrował na swoim głebokościomierzu 105 stóp (około 32 metrów) i powoli, posuwając się za przewodnikiem wypływamy wreszcie poza krawędż ściany. Jeszcze parę ciekawych okazów stworzeń, uważnie wykrytych przez przewodnika, jeszcze stara znajoma murena, wychylająca sie ze swojej kryjówki pod skałą, spoglądająca na mnie swym „zimnym” zbójeckim spojrzeniem i już pora na wynurzanie się. W oddali, przepływa rekin, który na szczęście zignorował mnie i innych nurków. Biorąc pod uwagę to, że w wodzie widzimy wszystkie obiekty około 25% większe i bliżej, nie wyglądał on na dużego. Może dlatego zrezgnował z popołudniowej „zakąski”?. I dobrze bo wcale nie marzyło mi się w tym momencie, „bliższe” wzajemne poznanie się. Pompuję niewiele powietrza do kamizelki co pozwala mi na bardzo powolne wynurzanie się z około pięciominutowym postojem przy kotwicznej linie na głębokości 25 stóp (dekompresja). I już po tym przecinam powtórnie granice dwóch światów, szczęśliwy że mogłem być tam i widzieć to o czym od dawna marzyłem. Ogromne dzięki wspaniałemu badaczowi podwodnych głębin, Jacques Cousteau, który w 1942 roku wraz z Gagnanan, wynależli „AguaLung-Scuba” (sprzęt do swobodnego nurkowania.). Nie jestem w stanie w tym artykule opisać szczegółowo i wyczerpująco technicznych aspektów nurkowania, rodzaju sprzętu itp. Jest to olbrzymia dziedzina wiedzy a specjalistyczna literatura i fachowe pisma („Dive Training”, „Diving”...) zajmują się tym tematem w sposób profesionalny i w sposób całkowicie zaspakajający naszą „ciekawośc” w tej dziedzinie. Nurkowanie jest wspamiałym sportem, pozostawiajającym w naszej pamięci, bajeczne obrazy podwodnej flory i fauny a w naszych sercach niesamowite wrażenia i przygody ze spotkania z podwodnym światem, Nurkować tak, gorąco do tego namawiam ale.....nie zapominajmy o bezwzględnie każdorazowym sprawdzeniu sprzętu przed nurkowaniem i o odrobinie ryzyka które ono niesie z sobą. Nurkować tak, bo to jest pewnym wyzwaniem ,ale ....nie przekraczajmy pewnych barier ryzyka, bo tam pod wodą, nieraz nie ma już czasu aby zmienić decyzje. Właśnie niedawno kolejna granica ludzkich a raczej kobiecych możliwości została „przesunięta”. Jak doniosła prasa, u wybrzeży wysp Bahamas, brytyjska pływaczka, Tanya Streeter, „łamie” kolejna granicę Zanurzając sie na głębokość 366 stóp (122!!!) metry, poprawiając tym samym swój poprzedni rekord 292 stóp, (94 metry.) i o zgrozo, rekord panów 360 stóp (120 metrów). I co my na to panowie ?. Tanya wytrzymała pod wodą 3 minuty i 38 sekund (bez butli oczywiście!!). Nurkowanie bez butli na takich głębokościach, jest jednak bardzo niebezpieczne. Parę miesięcy wcześniej, właśnie przy próbie bicia rekordu w tej dyscyplinie, utonęła u wybrzeży Dominikany, młoda 28-o letnia pływaczka, pochodząca z Francji, Audrey Mestre. Kolejnym miejscem naszej penetracji podwodnego świata, będą wody u wybrzeży Dominikan Republic, dokąd wybieramy sie w listopadzie tego roku. Bo znów tęsknie za tym jakże fantastycznym, tajemniczym i przestrzennie nieskończenie wielkim, podwodnym światem. Oby był zawsze przyjazny dla nas.
|