Jul 22 2010
Pięć minut przyjemności. Bielik – powrót na wolność
Pięć minut przyjemności, szczęścia, szczególnego uniesienia. Tak można określić chwile gdy po długim leczeniu Bielik znika nam z pola widzenia. I chociaż wydawałoby się że nie warto tracić kilkunastu dni ciężkiej pracy, to w zupełności nam wystarczają te ulotne kilka sekund obcowania z ptakiem w locie. Pozostają wspomnienia te w głowie i te utrwalone na zdjęciach.
A scenariusz zawsze jest taki sam:
Późna jesień lub zima. Skute lodem pola, jeziora i rzeki. Zwierzęta zmuszone głodem szukają pożywienia. Ludzkie zabudowania to miejsce gdzie można znaleźć łakomy i łatwy kąsek. Lis, kuna i łasica to wróg numer jeden rolnika. Często zadowalają się odpadkami kuchennymi, do drobiu maja utrudniony dostęp. Ale w myśl zasady “chłop żywemu nie przepuści” nie mają prawa wstępu na gospodarkę. Na szczęście gospodarz jest zaradny. Nie pozbywa się zabronionego pestycydu bo przecież się przyda. Oficjalnie nie do zdobycia na rynku Furadan – pogromca ptaków i drobnych ssaków. Małe wiaderko wystarczy jeszcze na 10-15 lat. Przecież wystarczy jedna kura. Taka stara której nie żal dla lisa. Nasmarowana śmiercionośną trucizną słania się za stodołą. Na wszelki wypadek przywiązana za łapę do patyka, żeby sie nie zawieruszyła.
Pierwszą ofiarą jest lis. Często nie zdąży dojść do swej nory. Zwija się z bólu na polu pomiędzy stodołą a lasem. Targany konwulsjami jest szybko zauważony przez Bieliki, Orły Przednie i inne drapieżne ptaki. Z racji niesprzyjających warunków, w zimie żywiące się padliną
Jeżeli lis był łakomy a gospodarz nie szczędził różowego proszku padają na polu nie dokończywszy uczty. Jeżeli przeżyją to właśnie zaczyna się ich walka z czasem. Kilkanaście godzin. Jeżeli maja przeżyć – liczy się dla nich każdy zbieg okoliczności i łut szczęścia. Jeden miał szczęście. Ktoś zauważa szamoczącego się wielkiego ptaka. Telefon do leśniczego. On już wie, na jego terenie zginęło w ten sposób 10 bielików w przeciągu 3 lat. Tylko tych policzonych. Znalezionych żywych lub martwych. Na wiosnę spod śniegu wyłaniające się czarne pióra, latem same szczątki, często z obrączką tylko dzięki której można zidentyfikować gatunek. Czy jest to bielik (w Polsce ok. 700 par) czy orzeł przedni (ok. 40 par). Kolejne szczęście, jest samochód i kierowca. Pojedzie 100 km w jedną stronę chociaż jest już po 15 i dawno powinien być w domu. Zastanawia się tylko czy warto, wkładając pudełko z orłanem na tylna kanapę. Czy ktoś zwróci mu za benzynę, czy ptak przeżyje, czy ktoś mu w ogóle podziękuje?. Na miejscu w ośrodku czekają na niego. Nie wiadomo kiedy ptak dotrze ale muszą się przygotować. Droga jest śliska, z pól zawiewa śniegiem. Będą potrzebne 3 osoby. Jedna musi podać kroplówkę, druga trzymać ptaka tak by nie zachłysną się własnymi wymiocinami, trzecia podaje antidotum. Na szczęście każda z nich ma wyrozumiałą rodzinę, siłę i chęć pozostania już 5 godzinę po pracy.
Ptak dociera. Jego serce wytrzymuje stres, wstrząs, odwodnienie i destruktywne działanie trucizny. Nie poddawaj się – czułe słowa do ptaka – już tyle przeszedłeś. Nie wiadomo czy słyszy, na pewno jest sparaliżowany. Nie potrafi rozprostować szpon, które wbijają się w ciało kalecząc je. Kilka nieprzespanych nocy, na zmianę czuwanie. Potem karmienie siłą. Jednak każda przeżyta godzina działa na jego korzyść. Po trzech dniach potrafi już samodzielnie wstać. Jak dobrze pójdzie po następnych dwóch sam już je. Zaczyna cieszyć oko wybawicieli. Nie każdemu jest dane obcować tak blisko z dziką przyroda.
Aż przychodzi ten dzień, kiedy zaczyna patrzyć na ciebie jak na intruza, jak na oprawcę który zamknął go w ciasnej klatce. To dobry znak, odzyskuje siły. Następne kilka dni – juz nikt bez asekuracji nie zbliży się do niego. Rozpościera złowieszczo skrzydła i szykuje się do ataku. Powoli trzeba się żegnać ze skrzydlatym pacjentem. Pudło już przygotowane. Teraz szybki chwyt i zakrycie głowy kocem. Nie ma mowy o pomyłce. Wtedy cierpi albo ptak albo ty. Zaciśnięte szpony na twojej ręce nie należą do przyjemności. Chwila zawahania a ptak uszkodzi sobie skrzydło i przedłuży pobyt w Ośrodku. Teraz już spokojnie. Wracamy do domu. Po 15 dniach leczenia, po wielu godzinach zwątpienia, obaw, strachu, w końcu szczęście. Tak naprawdę chwila szczęścia. On już instynktownie wie co się za chwile wydarzy. Nie szamocze się w pudle. Zamiera, jakby przed lotem chciał się skoncentrować, jakby szykował się na walkę. Po otwarciu pudła już się nie zastanawia. Wydaję się że ćwiczył to latami. Wyskakuje i bez chwili namysłu szybuje tylko w sobie znanym kierunku. Dla nas chwila szczęścia, nasze pięć minut. Jak miłosne uniesienie, ulga po długim napięciu. Tylko dlaczego tak krótko to trwało. Niestety chwila jest krótka i nie da się jej zatrzymać. Tak naprawdę trwało to nie 5 minuta a 10 sekund Kolejne 4,50 minuty żeby ochłonąć, spokojnie wsiąść do auta i odjechać. Ale poleciał i tylko to się liczy.
Tekst: Lek. wet. Radosław Fedaczyński
Foto : Dariusz Delmanowicz
Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu
www.orzw.pl









